Pióro niekoniecznie wieczne
Kategorie: Opowiadania | Brak komentarzy »Od edytora: Autorem opowiadania jest Marcin „Declan” Jankowski, współtwórca Pisarczyków. Gorąco zapraszam do czytania!
Od kiedy pamiętam, zawsze miałem tą pracę, smutnymi narzędziami. Mówili mi też, że pracuję ze smutnymi rzeczami, martwymi. Cóż, pewnie mieli rację. Co mógł powiedzieć ktoś taki jak ja. Naprawiacz wind starego typu. Kojarzysz, takie stare jeszcze z podwójnymi drzwiami co trza było nacisnąć żeby ruszyła. Nie pamiętasz? Szkoda. No więc, nie było kiedyś tych na fotokomórkę, ani tych cudownie rozsuwanych drzwi. Nie mówiąc o szybkości i wyciszeniu. Te, którymi się zajmowałem były inne. Wchodziło się do tej kabiny i czuło się wszystko. Zapach drewna, wytartych przycisków. By mogła ruszyć, trzeba było zatrzasnąć jak mówiłem podwójne drzwiczki, czasem nawet nogą i dopiero nacisnąć przycisk. Później w górę albo dół z charakterystycznym zgrzytem w szybie. Słychać było jak pracują te stalowe liny, a szybkość była taka jakby na dole stał oddział niewolników i ciągnął kołowrót umożliwiający ruch. Więc jak kiedyś się coś popsuło to wołano jednego ze specjalistów. Dziś, w dobie komputerów i tym podobnych, mało kto to robił, bo po co. Mimo, że w wielu domach nadal takie windy były używane. Więc jak coś było nie tak, dzwonili do mnie. Wsiadałem na rower, w plecak narzędzia i jechałem pod wskazany adres. W sumie zawsze wiedziałem gdzie co mogło wysiąść. Łódź niewiele ma już dzielnic z klimatem.
Tak było i tym razem. Siedziałem na ławce w Łagiewnikach. Przeglądałem stary słownik polsko-rosyjski. Taki mały w brązowej okładce, wersja kieszonkowa. Próbowałem zapamiętać, wypowiedzieć któreś słowo. Zadzwonił telefon. Stary, wysłużony, bez bajerów. Dobra Nokia. Na wyświetlaczu pokazało się nazwisko szefa od wind. Odebrałem i przyjąłem zlecenie. W sumie wiedziałem, że to coś w okolicy Milionowej. Gdzieś tam też mieszkała moja rodzina, bliska, ale jakoś nigdy nam nie było w smak się spotykać. No więc wsiadłem na rower, „mp3 player” na uszy i do przodu. Dobrze, że lekko padało bo mało ludzi na chodnikach, to szybciej się jechało. Z pięknych ulic i budynków na pokaz wjechałem w całkiem inne miasto. Dla niektórych to slumsy, dla innych mała ojczyzna. Dla mnie kawał historii i beztroski. Klatka trzecia od ulicy. Wszedłem, ciemno jak nie wiem. No ale tak bywa. Zapaliłem diodową latarkę i poszedłem ostrożnie po schodach na parter, później w lewo, trochę korytarzem i znowu w lewo. Wszędzie dało się wyczuć ten zatęchły zapach grzyba i starych murów. Wielka płyta budowana na trzy zmiany. Czasu piękna i świetności. Tak przynajmniej mówiła moja babcia, ciekawe co teraz by na to rzekła. Dobra, widzę dźwig. Stoi na parterze ale nie ma światła znowu. Cóż, wiecie, żarówki zawsze się komuś przydadzą. Otworzyłem więc plecak i wkręciłem swoją „służbową”. No i jest iskierka w tunelu. Nacisnąłem 10. piętro, docisnąłem drzwiczki i… kupsztyl. Nic nie działa, nic się nie rusza, nawet nie słychać żeby cokolwiek chciało. Zakurwiłem po staropolsku i poszedłem znowu na klatkę schodową by z mozołem włazić na to jedenaste piętro. Po drodze rozbite okna, więc trochę szkła. Jakieś liście z pobliskich drzew. No i standardowe nasrane gówno w kącie. Ktoś nie zdążył albo nie miał gdzie. No więc to pięterko na wdechu raz dwa trzy i dalej. Smrody z mieszkań, czasem ładne zapachy chyba obiadowe. Co będę się nad tym zastanawiał i tak zjem dziś jak co dzień w naszym małym „China Town”. Kurczak gon bao i sos słodko kwaśny plus ryż i pepsi. Bo po pracy mogę sobie pozwolić, nie? Ok, już jestem. Teraz tylko z plecaka klucz do maszynowni. No, parę razy pomerdać, i otwarte. Znowu latarka w ruch. Nie znoszę się grzebać w tym, stary smar, kawałki czegoś niezidentyfikowanego. Ale taka praca, więc co tam. Umyje się później. Przecież nie jestem chirurgiem, nie pracuje na otwartym sercu, chyba że maszyny, to krwią jej jest właśnie ten smar. No tak znowu się gówniarzom chyba nudziło włożyli kawałek pręta w zębatki. Dobrze, że silnik się nie spalił. Wtedy to byłoby przesrane. Nowych nie produkują, starych na magazynie nie ma. Zresztą co ja mówię jakim magazynie. Jedyna szansą dziś i na dzień ten jest złomowisko przy Pabianickiej. Dawno tam nie zaglądałem, jak coś mam telefon. O ile ten stary pijak odbierze. Dobra pręt wyjęty. I chyba jeszcze jakiś gołąb tutaj zdechł albo parę. Pełno piór. Co mnie to obchodzi zresztą. Poszedłem sprawdzić, wszystko działa. Zamknąłem maszynownie, zszedłem na dziesiąte i wezwałem kabinę. No i tak już bez żarówki. Wystarczyło parę minut by ktoś podpierdzielił. Zjechałem na dół i na czuje do wyjścia. Po paru metrach potrąciłem kogoś. Przeprosiłem szybko i wyciągnąłem ręce by pomóc. Dziwnie tak na macanego ale się udało. Złapały mnie wyjątkowo delikatne dłonie i takie jakby kruche. Po tym poznałem, że to kobieta. Podniosłem ją powiedziałem jeszcze raz, że mi przykro i wyszedłem. Otworzyłem drzwi od klatki i wyszedłem na słońce. Dziwne uczucie, jak po śmierci klinicznej. Wkoło tylko latające śmieci, kurz i zapach spalin. Wsiadłem na rower, który zaparkowałem o latarnie i pojechałem do domu, to znaczy, tej dziwnej kawalerki. Przejechałem to pół miasta, zamówiłem pizze i wszedłem do siebie. Włączyłem muzykę i zacząłem robić herbatę. Później poszedłem przed lustro. Robię to raz na parę dni. Wiecie no, przystrzygę brodę itp. W sumie było wszystko dobrze tylko na lewym ramieniu ciągle siedziało mi piórko. Pewnie uwzięło się na mnie przy naprawie i tutką się zaczepiło. Odłożyłem je do swojej wielkiej skrzynki, do której wrzucam takie rzeczy.
Położyłem się spać. Przykryłem ładnie kołderką, ściszyłem muzykę. Grzeczne dziecko, nieprawdaż? Lekko uchylone okno by była jedna cyrkulacja powietrza, jakoś nie umiem spać dobrze przy zamkniętym całkowicie pomieszczeniu. Parę godzin później pobudka. Leniwie zrobiłem sobie miętę, wstawiłem tosty i pogłośniłem co trzeba. Włączyłem monitor, trochę wiadomości, trochę maili. Szybko odpisałem, raz czy dwa spadłem ze śmiechu z krzesła. Znowu telefon od windziarzy. Przepraszam bardzo ale normalnie czuję się jak rozchwytywany biznesmen, hehe. Drugi dzień do roboty i to tak, no proszę. Poprosiłem o adres i się zdziwiłem. To samo miejsce, co wczoraj, ten sam objaw. Jak mnie trafił jasny szlag. Jak bluźniłem na tych gówniarzy. Aż z tego zaszalałem i zamówiłem taryfę. Pojechałem tam tak szybko, jak można. Wszedłem na to jedenaste, aż się zadyszałem jak parowóz. Otwieram a tam nie ma nic. Zapalam latareczkę, wszystko czyste i jak nowe. Kopnąłem w silnik i wszystko zaczęło pięknie działać. Maszyny chodziły, aż miło, lina się nawijała. Już spokojny schodziłem na dół. No i słoń w składzie porcelany po raz drugi. Trach, potrąciłem kogoś. Przeprosiłem, jak ostatnio ale nikt mnie nie złapał za rękę. Więc złapałem ciało i wyniosłem na zewnątrz. Z ubrania to była kobieta, posadziłem na ławce. Ludzie, wiecie, z twarzy kobietka. Taka niebrzydka jak by się dość długo wpatrywać, albo wypić parę głębszych. Ale ubrana w szmaty okręcone dookoła ciała. Wszystko tak chaotycznie. Oraz zapach zupełnie do niej nie podobny. Pachniała… burzą. Takim dziwnym zapachem, który zawsze szukałem wychodząc po gradobiciu na wolną przestrzeń. Spojrzała się na mnie tymi jasnobłękitnymi oczami, jakby rozwodnionymi wielokrotnie wodą z kranu. Prawie takie żabie, jak mi się to nie podobało. Obrzydliwe, ohydne. To wszystko by było nawet dość, że tak powiem do przyjęcia. Przecież różne rzeczy się zdarzają. Ale garb, jeden wielki garb nad jej ramieniem. Wyglądał jak z horrorów o złym bracie syjamskim. Że tam siedzi, mały, niedorozwinięty i zły człowieczek. Przez chwile mi się zdawało, jakby się poruszył. Gdy ona odzyskała wzrok. Odsunąłem się z dwa kroki. Jedynie, co potrafiłem wykrztusić to, czy nic jej nie jest, przeprosić i szybko odejść. Wiem, że kiwnęła głową, ze jest ok, ale coś później szeptała i wyciągnęła rękę. Mogłem ją za nią chwycić, ale, wycofując się, potknąłem się o śmietnik, prawie wywaliłem, a później już pobiegłem ulicą ile miałem sił. Szybko tak i daleko, aż nie mogłem złapać oddechu. Z rozpędu, poszedłem do baru Anna. Taki lokal, który zatrzymał się w latach 80-tych. Piwko tanie jak prawie butelkowe, a co najlepsze, w środku nie można palić. Przynajmniej człek nie prześmierdnie tym smrodem tytoniowym. Więc wróci zawiany, ale jaki pachnący, hehe. Oraz rzecz ostatnia, lokalizacja, przy głównej ulicy tego miasta. Żyć nie umierać. No ale powiedz to człowiekowi po dziesiątym piwie i paru kolejkach wściekłych psów. Ledwo na pożegnanie podałem rękę właścicielowi i zapłaciłem jednym banknocikiem tym niebieskawym. No i czeski film się zaczął, czyli urwała mi się taśma. Nic nie pamiętam. Po prostu ostatnią klatką był właśnie ten bar i pieniądze. Później nic.
Przebudziłem się na czymś miękkim. Nie wiedziałem co to, było strasznie ciemno. W ogóle to gdzie ja byłem?! Dobrze, że przynajmniej nie posiadam kaca, tylko ten posmak alkoholu na języku i poczucie w głowie, że wali ode mnie jak z gorzelni. Wstałem lekko się jeszcze chwiejąc Wzdrygnąłem się. Wziąłem głęboki oddech. Przez moja głowę, mocno poturbowaną procentami, przedarł się zapach burzy i tej kobiety. Gdzieś musiała być w pobliżu. Usłyszałem jak ktoś idzie w moją stronę. Poszukałem szybko w spodniach zapalniczki. Sam nie palę, ale często mam takie rzeczy przy sobie. Znalazłem. Zapaliłem. Widzę jak się Ona do mnie zbliża. Nie miałem siły już myśleć, wymyślać, wydziwiać. Już i tak mi było wszystko jedno. Czekałem jak na ścięcie głowy, wyrok albo już od razu egzekucję. Nic takiego nie nastąpiło. Powiedziała z dziwnym akcentem bym zapalił świeczki, które są na stole bo ona nie ma ognia. Zresztą trzymała się z dala od tej poświaty nawet. Zobaczyłem zarys stołu i faktycznie, było na niej siedem świeczek. Zapaliłem każdą. Powoli się rozjaśniało. Usiadła na krześle z dala. Powiedziała, że dla mnie też jest. Bez słowa usiadłem, tylko przed tym wychyliłem szklankę wody, która stała na stole. Siedzieliśmy tak bez słowa dobre parę minut. Przedstawiła się tym dziwnym akcentem, kojarzył mi się z pustynią, miała na imię Derdeka. Aż mi było głupio powiedzieć swoje. Opowiadała, że przybyła z daleka i nie może wrócić do gdzieś tam, jakieś trudne słowo podała na tą swoja mieścinę. Szukała by jej ktoś pomógł, ale nie chcieli, nie mogli. Więc ja jestem tym następnym, którego ona prosi o pomoc. Hmm, no dobrze i w ogóle tylko jak ja jej mogę pomóc. Wstała odsunęła krzesło i zaczęła zdejmować ubranie i te całe gałgany. Powiedziałem, że nie, zdecydowanie nie, że nie mam pieniędzy, jeśli o to chodzi i że ja nie chcę. Że chyba znowu źle trafiła i tym podobne. Wstałem szybko i poszedłem w stronę, gdzie mi się wydawało, powinny być drzwi. Powiedziała bym tylko spojrzał. Odwróciłem się. Powiadam Wam ludzie co widziałem, do dziś czuję to mrowienie i płaczę, za każdym razem gdy o tym myślę. Na tle tych świeczek z tylu stała do mnie odwrócona i widziałem co to było. Była Aniołem z jednym skrzydłem złamanym. Traciła część tych szarych piór. Odwróciła się do mnie twarzą i mówiąc „Proszę, pomóż”. Upadłem na kolana i się rozpłakałem jak dziecko. Chyba to było spowodowane tym całym obrazem i pięknem. Powtórzyła „proszę”. Przełknąłem ślinę, potrząsnąłem głową. Podszedłem powoli, dotknąłem jej włosów. Uśmiechnęła się lekko i się odwróciła. Zobaczyłem to jedno zmasakrowane skrzydło. Wygięte pod dziwnym kątem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy jak kiedyś złożyłem skrzydło mewie, to to samo. Pewnie nie. Zbadałem ręką kość pod skórą, usłyszałem jak pisnęła. Znalazłem miejsce gdzie trzeba nastawić. Powiedziałem, chyba bardziej do siebie, niż do niej, że będzie bolało i użyłem siły. Tylko czułem chrupnięcie. Posadziłem ją szybko na krześle. Miała spuszczoną głowę, za chwile lekko nią poruszyła na boki i powiedziała „Nie wolno Ci się zakochać we mnie. Możesz mnie wspominać, ale nie zakochiwać się i nie myśleć, że przyjdę któregoś dnia do Ciebie jako śmiertelniczka. Ja dziś zniknę i nigdy nie pojawię Tobie za życia, może nawet po śmierci.” Wstała, wzięła mnie za rękę, przechyliła głowę lekko na bok i się uśmiechnęła, i zrobiła najwspanialszą rzecz w życiu jaką widziałem. Rozłożyła skrzydła. Doskonale szare, doskonale miękkie. Poprosiła mnie bym zasnął, rano jej nie będzie. Nie chciałem, ale kłóć się z Aniołem. Ułożyłem się na jej łóżku, przykryła i pocałowała w skroń i pogłaskała. Poczułem się naprawdę dobrze i bezpiecznie. Podkuliłem nogi i zasnąłem w pozycji embrionalnej. Obudziły mnie promienie słońca wpadające przez okna. Wstałem wymięty, jak nie wiem, ale z dziwnym uśmiechem na twarzy. Było mi dobrze i… jak to nazwać „na miejscu”. Przeciągnąłem się. Przystawiłem krzesła ładnie do stołu. To chyba taki odruch porządnego chłopca. Na stole była dziwnie rozlana woda a na niej leżało kilka piórek. Przypatrzyłem się przez chwile i wzdłuż wody objechałem palcem, o ile się nie mylę powstał coś na kształt słowa Elfur, Felfur, Effur, a może Ellvr. Nie dam głowy, no nic to. Woda jest lustrem życia, więc ja tam nic nie wiem. Wyszedłem na ulicę… na ulice Łodzi, a ze mną pióro Anioła w kieszeni.
Napisane: 22. stycznia 2007
Zostaw komentarz